CO W SĄDZIE ROBI…. Odc. I – Sędzia cywilista

Na początek oczywisty wybór – osoba sędziego kojarzy się powszechnie z esencją pracy w sądzie. Zapewne słusznie, bo to ostatecznie od decyzji sędziego zależy orzeczenie w każdej sprawie. Niesłusznym i mylnym jest za to przekonanie, że istotą pracy sędziego jest wydawanie wyroków i postanowień i robi to przez cały czas (a potem przerwa na kawę). Niestety, stan taki byłby stanem idealnym, a życie dalekie jest od ideału. Sam proces orzekania to 10 – 15% czasu pracy sędziego. W to oczywiście wliczam „mentalne” opracowanie treści wyroku czy postanowienia i przeniesienie go na ekran komputera, wydruk i podpisanie orzeczenia.

Co więc robi ten nasz sędzia z pozostałym czasem? Czemu to wszystko tak długo trwa? Odpowiedź poniżej! Najsprawniej będzie opisać przykładowe dni pracy sędziego – wokandowy i niewokandowy. Dzień wokandowy to taki, gdzie sędzia pracuje na sali sądowej, niewokandowy – w gabinecie.

1. Na wokandzie
Zwykle w sądach rejonowych sędzia ma obowiązek wyznaczyć 2 dni wokandowe, w sądzie okręgowym jeden dzień wokandowy. W praktyce sędziowie dokładają sobie rozpraw także w dniu poza wokandą, żeby ze wszystkim zdążyć.
Dzień taki zaczyna się… Dnia poprzedniego. Albo i w ogóle „przedwczoraj” – sędzia musi przygotować się do rozpraw. Czyta notatki z poprzedniego terminu (który był 3 – 6 miesięcy wcześniej… Kto z nas pamięta dokładnie wydarzenia sprzed takiego czasu?), czyta protokół poprzedniej rozprawy, jeszcze raz przegląda pisma stron i stara się zaplanować co na rozprawie lub posiedzeniu się wydarzy. Przy średnio ośmiu rozprawach dziennie, przygotowanie zajmuje dobrych kilka godzin. Zwykle odbywa się w domu. Zaobserwowałem u znajomych sędziów taką praktykę, że łatwiej jest pochylić się merytorycznie nad sprawą w zaciszu domowym, niż pracować koncepcyjnie w sądzie. W domu nikt nie dzwoni, nie wchodzi do gabinetu i tak dalej. Jeśli rozprawa jest pierwszą w sprawie – należy ją przeanalizować jeszcze dokładniej – sprawdzić jakie wnioski dowodowe sformułowano, czy wymagają dopytania pełnomocników i stron co do ich zakresu, czy pełnomocnicy nie planują jakichś niespodzianek, albo nie schowali w treści pism jakichś wniosków, które niezauważone przez sędziego zostałyby triumfalnie wyciągnięte przed oczy sądu odwoławczego – jako nierozpatrzone. Tak, my pełnomocnicy potrafimy być wredni – oczywiście w interesie klienta.
Załóżmy, że nasz sędzia przygotował się sumiennie do rozpraw. Zaczyna pracę o 8.30 lub 9.00 rano. Osiem rozpraw, osiem różnych zestawów stron, mecenasów, świadków…Sędzia prowadzi dowody z zeznań (niektórzy aktywnie, niektórzy pozwalają pytać pełnomocnikom), dyktuje protokół, bo nie wierzy w nagrywanie. A przynajmniej nie wierzy, że będzie miał czas na odsłuch nagranego materiału. W trakcie zwykle sędzia wyznacza godzinę lub półtorej przerwy – na obiad. Tak dzień mija do 15.00 lub 15.30. W gabinecie czeka mimo to sterta rzeczy do podpisu „na cito” (jak to się mówi w Krakowie) – w tym zawsze dwa lub trzy problemy. Już około 16.30 teoretycznie nasz sędzia może jechać do domu. Oczywiście zabierając do niego pracę. Niektórzy (bez rodzin, albo z nadmiernie rozrośniętymi rodzinami) zostają w pracy dłużej nawet w dni wokandowe, ale osobiście śmiem wątpić w efektywność
pracy po wokandzie – dla pełnomocnika dwie, trzy rozprawy jednego dnia są wyczerpujące, a w przypadku sędziego muszą być wyczerpujące krańcowo. Ale każdy sam swym czasem musi zarządzać. Podejrzewam, ze przy ogromnych referatach, dochodzących do 500 – 700 spraw na biegu, w działania sędziów zaczyna obecnie wkradać się panika. Dlatego zostają po godzinach. Niektórzy nawet w sposób drastyczny.

2. W gabinecie
O ile większość osób niemających do czynienia na co dzień z sądami może sobie z grubsza wyobrazić jak wygląda praca na wokandzie (oby ta wiedza nie pochodziła jedynie z serialu o sympatycznej sędzi Annie Marii W.!), o tyle zdaje się, że tajniki pracy gabinetowej są dla większości społeczeństwa nieprzeniknione. To budzi podejrzenia, że ci sędziowie nic w swoich gabinetach nie robią, piją kawkę i plotkują. Żeby nie było – to na pewno też. Ale na pewno krócej i bardziej ponuro niż w innych zawodach. Bo nad sędzią wisi jego referat – kilkaset spraw na biegu. Codziennie sędzia dostaje do gabinetu nową porcję akt – nowych spraw, ale także oczywiście spraw które „zeszły” z tak zwanego kalendarza – czyli z półki, na której leżały w oczekiwaniu na nadejście terminu przewidzianego kodeksem, albo terminu wyznaczonego przez sędziego na obieg dokumentów. Do tego cała masa akt, które do sędziego wpływają, mimo, że nie planował ich oglądać aż do rozprawy – czyli takich, w których strony, lub (co gorsza) pełnomocnicy postanowili coś napisać – a to wniosek złożyć spóźniony, a to żądać decyzji wpadkowej (na przykład zabezpieczenia, klauzuli, wydania kart z akt sprawy) – wreszcie często wpływają pisma w których pełnomocnicy po raz piąty powtarzają to samo, chcąc najwyraźniej jeszcze bardziej podkreślić swoje stanowisko. Niestety, procedura cywilna nie zna instytucji pozostawienia pisma bez rozpoznania i każde z takich ingerencji stron w toczący się proces wymaga interwencji sędziego. To sprawia, że kilkanaście do kilkudziesięciu spraw przewija się przez gabinet każdego dnia. Niektóre oczywiście wymagają zarządzeń nieskomplikowanych – a to „akta na termin lub z wpływem” (co oznacza: weźcie mi to sprzed oczu) albo „kalendarz 3 tygodnie” – co z kolei oznacza: niech w spokoju termin z kodeksu upłynie, potem zdecyduję.

Wreszcie uzasadnienia. Nemezis wszystkich sądów. Zwrócić trzeba uwagę, że wniosek o uzasadnienie nic nie kosztuje, więc zazwyczaj składają go przegrani – żeby się odwołać, a także wygrani – żeby się nim szczycić i mieć w razie apelacji przeciwnika argumentację gotową pod nosem. Tym samym praktycznie w każdej zakończonej sprawie sędzia musi napisać od kilku (rzadko) przez kilkanaście (często) do nawet kilkudziesięciu stron tekstu w którym opisze czego strony chciały w sprawie, jakie sąd ustalił fakty i jakie prawo do tych faktów zastosował (lub jakiego nie zastosował – co równie ważne). Sprawny sędzia pisze uzasadnienia szybko – ale porządnego uzasadnienia nie da się napisać metodą kopiuj-wklej, bo strony i ich pełnomocnicy to zaraz zauważą i zwrócą na to uwagę sądu odwoławczego. Tym samym pisanie uzasadnień pozostaje głównym elementem pracy sędziego – pisanie w domu, pisanie po godzinach, pisanie po nocach. Takie są realia wymiaru sprawiedliwości. Czy zmieni to choćby symboliczna opłata od uzasadnienia? Zapewne do pewnego stopnia tak. Czy zmieniła to możliwość dyktowania uzasadnień wprost do protokołu rozprawy? W żaden sposób. Po pierwsze nie każdy sędzia jest mistrzem słowa mówionego. Ustawa nie wymaga od niego tej umiejętności. Taki sędzia milczek i tak musiałby napisać sobie uzasadnienie PRZED wydaniem wyroku i potem je odczytać. Nierealne. Niezgodne też z prawem, bo wskazywałoby to, że rozstrzygnięcie zapadło jeszcze przed ostatnią rozprawą i naradą. Pisać dwa uzasadnienia do każdej sprawy? Kuriozalne, zwłaszcza, że sprawy bywają bardziej rozbudowane i możliwości rozstrzygnięcia jest co najmniej kilka.

Czy sędziowie wreszcie dają sobie z tym wszystkim radę? Nie. Z pomocą może przyjść rzutki asystent i pracowity, kompetentny protokolant. Ale o nich – w następnych odcinkach!



Darmowy newsletter

Aktualności, darmowe porady prawne, wzory pism i umów do pobrania

Skontaktuj się już teraz

ul. Lema 15E/23, 31-571 Kraków,